Ewa Wieleżyńska wiele o winie

SPIS TREŚCI

31.08.2016

felieton

Aksamitne usta

velvet mouth.jpg

 

Facet spodobał mi się już w drzwiach. Ciepły i zdystansowany zarazem, uraczył nas na przywitanie ironicznym żartem – byliśmy spóźnieni ponad godzinę. Nie wyglądał i nie zachowywał się jak Portugalczyk, był w nim nowojorsko-skandynawski luz i coś jak melancholia młodego Woody Allena. Po chwili miało się okazać, że António Mendes Lopes spędził trzydzieści lat swojego życia w Kopenhadze, dokąd udał się w 1972 roku jako polityczny uciekinier: nie zamierzał brać udziału w kolonialnych walkach o Mozambik i Angolę. Moja sympatia, jak możecie się domyślać, rosła. Przez lata zajmował się importem portugalskich win do Skandynawii. Na stronie jego firmy Vidigal Wines możemy przeczytać, że uczynił Portugalię najlepiej sprzedającym się krajem winiarskim w Norwegii. Ale zanim zaczął zajmować się winem, miał również osiągnięcia na rynku wydawniczym: nauczył Duńczyków czytać postmodernistycznych filozofów. Co postawiło ostateczną kropkę nad i mojego rozpromienienia. Do Portugalii wrócił dopiero w 2002 roku, ale parę lat wcześniej założył w okolicach Lizbony winiarnię. – Ile ma hektarów? W odpowiedzi puknął się w czoło. Jeszcze nie zwariował, żeby zamrażać pieniądze w winnicach. Wszystkie winogrona na trzy miliony produkowanych przez siebie butelek kupuje. To zapewnia mu elastyczność i niezależność od pogody. W końcu to samo robią w Szampanii – rzucił mimochodem.

Butelki krzyczały do nas koncepcyjnymi etykietami. Był tramwaj 28 jadący znaną ulicą Lizbony, gdzie zawsze pod numerem szóstym wysiaduje na stołeczku dziadek, było Trzech Autorów z komiksowym rysunkiem, na którym widniał również nasz António, było graffiti, które spodobałoby się niejednemu hipsterowi, głoszące: No Branding No Cry, było wreszczie wino Brutalis, którego butelka nie pozostawiała wątpliwości, że da nam zaraz po mordzie (nawiasem mówiąc, to wino kupuje na potęgę komunistyczna partia Chin). Co etykietka, to historia. Dobra historia, bo António umie opowiadać. Ale ma też jeszcze jedną cechę, która w nastawionej na masową produkcję Portugalii, gdzie tyle win zalatuje zestawem małego chemika, a ich producenci plotą głodne kawałki o terroir, zjednała nam go całkowicie: Antonio jest szczery do bólu. Rzecz niebywale rzadka wśród winiarzy – nie dlatego, żeby byli kłamliwi z natury, lecz dlatego, że nie pozwalamy im na to my – dziennikarze. Pamiętam, jak omal nie wyleciałam z piwnicy Roberto Conterno za niewinne (tak mi się w każdym razie wówczas wydawało) pytanie o spontaniczną fermentację. Bóg Monforte odczytał je jako próbę ustawienia go po właściwej stronie mocy. Wynikało to z pewnego przewrażliwienia, któremu jednak nie można odmówić podstaw. Stworzyliśmy w ostatnim dziesięcioleciu dziennikarski dyskurs opierający się na łatwych opozycjach: małe jest piękne, duże jest be; natura jest dobra, technologia zła, im mniej manipulacji, tym lepiej. Dużo pisze o tym Clark Smith (poświęciłam mu dostępny tutaj felieton pt. Punkt optymalnego trafienia) w swojej ostatniej książce Postmodern Winemaking. Smith stwierdza nie bez racji, że dziennikarze skrzętnie wyciągają informacje od producentów, by ich następnie w swoich tekstach rozstrzelać. Efekt jest taki, że dziś bardzo trudno dowiedzieć się prawdy. Wielu winiarzy opowiada to, co winiarska prasa chce usłyszeć. Nie zawsze zgadza się to z tym, co w kieliszku, ale też nie zawsze daje się to rozpoznać.  Konia z rzędem temu, kto każdorazowo zidentyfikuje zastosowanie mikrooksydacji czy odwróconej osmozy. Smith pisze, że winiarze pracują jak dzikie osły (zwłaszcza ci, którzy wyznają filozofię minimalnej interwencji), a następnie – zgodnie z obowiązującą polityczną poprawnością – przypisują wszystkie zasługi naturze. 

– Nie powiem wam, że wino rodzi się w winnicy – kontynuował António, któremu książka Smitha pewnie by się spodobała – bo to bzdura; wino rodzi się w głowie. I konsekwentnie butelka po butelce opisywał nam, jakie zastosował techniki. Nie chcę przez to powiedzieć, że pod wpływem uroku Lopesa przekonałam się do dębowych chipsów (choćby były z najlepszego zimowego zbioru). Nie chcę też napisać, że jego wina były genialne. Były uczciwie zrobione, przede wszystkim w tym znaczeniu słowa, że ich autor niczego przed nami nie krył. Rzucał nowe światło na rozumienie winiarskiej manipulacji, którą również Smith w swojej książce przedefiniowuje w zgodzie z logiką zdrowego rozsądku. Określa ją nie jako każdą technikę wpływającą na smak wina, lecz jako taką praktykę, której winiarz bądź jego dział marketingu nie chce wyjawić klientowi oraz prasie. Lopes nie miał żadnych oporów wobec dziennikarzy, opowiadał dużo więcej niż jego agencja PR była w stanie unieść; jak choćby tę historię o winie, które ma dopiero powstać, a które będzie się nazywało Aksamitne Usta. Na cześć wspomnienia ladacznicy z Coimbry, której fama była tak wielka, że pod jej drzwi zjeżdżali mężczyźni z całej Portugalii. Udał się do niej także piętnastoletni António. Wśród odrapanych ścian, spocony, czekał w kolejce, snując aksamitne marzenia. Gdy wszedł do ciemnego pokoju, zobaczył leciwą już kobietę, której biust rozlewał się po stole, a dłoń gmerała w otchłani legendarnej paszczy. Coś zgrzytnęło, a w szklance z wodą wylądowała sztuczna szczęka. Wtedy Aksamitne Usta przemówiły. Koniec sobie dopowiedzcie sami (agentka zabroniła mi o tym pisać), pijąc wino Antonia. Nie mam oczywiście pewności, że historia Aksamitnych Ust jest prawdziwa. Ale jak powiada publikowany przez Antonia w Kopenhadze Richard Rorty: prawda jest komplementem, jaki prawimy skutecznym zdaniom. Antonio bez wątpienia jest skutecznym opowiadaczem.

Vidigal Wines sprowadza do Polski Mirosław Pawlina

Tekst pierwotnie ukazał się w "Magazynie Wino".