Ewa Wieleżyńska wiele o winie

SPIS TREŚCI

28.12.2016

felieton

Duch Kruga

Bankiet z Krugiem.jpgWarszawski bankiet z Krugiem. Fot. Maciej Nowicki

O pielgrzymce do Kruga opowiadał mi kiedyś Wojtek Bońkowski. Był studentem, akurat przebywał w Paryżu i niewiele myśląc, za ostatnie franki kupił bilet na pociag do Reims. Na banana i butelkę wody już mu nie starczyło, starczyło mu natomiast energii, by nienaganną francuszczyzną zaczarować dwóch napotkanych w przedziale bankierów, którzy taksówką pod same drzwi Kruga go zawieźli. Pielgrzymka musiała być warta tych poświęceń, skoro Wojtek pisał później w Winach Europy, że do Kruga „odmawia się pacierze i pisze o nim poematy, że to rzeczywiście szampan marzeń i w istocie jubilerski.”

Przypomniała mi się ta historia pięknego czerwcowego wieczoru na tarasie warszawskiej restauracji Amber Room, dokąd zostałam zaproszona przez LVMH na bankiet z Krugiem. Od czasu Wojtkowej pielgrzymki minęło dwadzieścia lat. Mnie przejście od domu do Pałacyku Sobańskich zajęło dwadzieścia minut. Wcześniej przez chwilę jeszcze się wahałam, odezwała się we mnie ciułaczka skąpiąca sobie czasu na koktajle, licząca nienapisane teksty, a jeszcze młodych ziemniaczków mi się zachciało i pieczonego kurczaka z mizerią w domowych pieleszach. Ale podprogowy, odwołujący się do emocji marketing zadziałał: „Gdy nadarza się okazja, nigdy nie trać sposobności, by napić się Kruga” – mówi jedno z haseł tego szampańskiego domu.

Po pałacowym ogrodzie w blasku fleszy i reflektorów przechadzali się panowie w modnych, taliowanych, jak to się mówi, garniturach, które odejmowały im lat i powagi. Panie, delikatnie trącając się torebkami Louis Vuitton, przestępowały z nogi na nogę w ekstrawaganckich szpilkach. Na fortepianie Boston grał młody utalentowany pianista, który sprawiał wrażenie człowieka najswobodniej czującego się tego wieczoru, a może po prostu miał szeroką marynarkę i rozwichrzone włosy. Jedliśmy ostrygi, bliny z kawiorem, jajka z truflami, małże świętego Jakuba, rabarbarowe i truskawkowe kremy. Grande Cuvée lało się się do kieliszków szybko i potoczyście, zanim zdążyliśmy je wychylić do dna. Jeszcze i znów. Maggie Henriquez, CEO domu szampańskiego Krug, która przez ostatnie lata z sukcesem odkurzyła wizerunek marki, wcześniej słabo komunikującej się z klientem w myśl zasady, że jakość sama się obroni, a luksus nie potrzebuje ostentacji, lubi powtarzać, że mottem jej firmy jest szczodrość. Tego wieczoru Krug zaiste płynął z rogu obfitości i takie swawolne picie bąbelków, nad których kieliszkiem wcześniej – jak to dobrze określił Wojtek – w skupieniu się modliłam, było dla mnie doświadczeniem całkowicie nowym. Przyjemnym tym bardziej, że nie liczyłam już paciorków w różańcu, porzuciłam buchalterię degustatora i dałam się ponieść smakowi luksusu – wystawnemu, harmonijnemu, perfekcyjnemu. A luksus ten smakował tym bardziej, że był podarowany. Niestety, coś mi o rachunku musiało przypomnieć.

Dystyngowana, powściągliwa, lecz w swojej powściagliwości ciepła Maggie Henriquez, o której polski ambasador marki mawia, że „przebija przez nią duch Kruga”, w pewnym momecie powiedziała, że nigdy nie jest za późno, by spełnić swoje marzenia. To krągłe zdanie być może miało nas wprowadzić w przyjemny nastrój omnipotencji, związać rejestrowany przez synapsy smak legendarnego szampana z uczuciem, że świat leży u naszych stóp. Nie lubię tej poetyki, ale, niech tam, z kieliszkiem Kruga w ręku, można ją wybaczyć. Po tym zdaniu jednak przyszła konkretna oferta: reprezentant LVMH oznajmił, że dziś mamy niepowtarzalną okazję, by wyjść z przyjęcia z butelką Kruga sygnowaną przez Maggie. Pochód kelnerów z długopisami i terminalami w dłoniach został wprawiony w ruch. Obserwowałam lśniące w zachodzącym słońcu karty kredytowe, których aktywacją kierowała wisząca w powietrzu myśl, że nigdy nie jest za późno, by pozwolić sobie na butelkę Kruga. Przypomniało mi się świetne powiedzenie Tuwima, który stwierdził, że „Wódkę pije się za własne pieniądze. Koniak za pożyczone. Szampan tylko za cudze”. Mogłam sobie pogratulować, siedząc z dala od tego pochodu na wygodnym ogrodowym fotelu, a jednak światło w moim kieliszku zgasło, od drzew powiało chłodem i zabrałam się do wyjścia. W autobusie skasowałam bilet za 3,40, usiadłam koło pana w trampkach i natychmiast poczułam, że tęsknię za dymnym, kawowym, śliwkowym, subtelnie waniliowym i delikatnie pieprznym smakiem Grande Cuvée. Przypomniało mi się, że moja mama marzy o Dom Pérignon. Że od czasu do czasu o tym napomyka. A ja, co tu kryć, się ociągam. Ociągam się, bo sprowadzając rzecz do parteru, wulgarnie wyliczam. Kalkuluję, ile innych pięknych szampanów mogłabym jej za tę równowartość sprezentować. Szampanów, które w moim przekonaniu, pozwoliłyby jej świat wina zrozumieć lepiej i dogłębniej.

Lekcja z bankietu z Krugiem jest jednak taka: szampan nie jest po to, by cokolwiek rozumieć, jest po to, by dać nam poczucie wyjątkowości. (Niech mnie kule biją i przymknie stylistyczna policja!) A najlepiej smakuje wtedy, gdy jego cenę bierzemy w nawias. Podaruję Ci tego mnicha, Mamo. 

Krug i karczochy.jpg Artykuł pierwotnie ukazał się w "Magazynie Wino".