Ewa Wieleżyńska wiele o winie

SPIS TREŚCI

10.10.2016

felieton

Dwór na cenzurowanym

Duda, królowa Belgii szampan.jpg

Gdy czytałam rok temu o dętym skandalu, jaki miał się wiązać z podaniem przez prezydenta Dudę wina za 12 euro belgijskiej parze królewskiej, zamarzył mi się tekst o tym, jak piją elity. Strasznie lubiłabym wiedzieć, jakie wina się otwierało za Kwaśniewskich, Kaczyńskich i Komorowskich, a jakie się pije za Dudów. Bardzo chciałabym zobaczyć dane, które by mówiły, jak kształtowały się wydatki na alkohol za pontyfikatu kolejnych papieży. Albo prezydentów Republiki Francuskiej. Wspaniale byłoby mieć wgląd w smak rządzących, w którym – jak powiedział poeta – włókna duszy i chrząstki sumienia.

Niestety dostępnych informacji na ten temat jest niezwykle mało. Najbardziej transparentni są, co nie zaskakuje, Amerykanie. Wiemy zatem, że wino najwięcej ze wszystkich prezydentów kosztowało Thomasa Jeffersona. Wybudowanie posiadłości w Monticello, wokół której zasadził pierwsze w USA winnice, doprowadziło go wręcz do bankructwa. Owa karma utraty majątku przeszła kilkaset lat później na kolekcjonerów jego butelek. Tak dobrze na winie jak Jefferson nie znał się żaden z amerykańskich przywódców aż do czasów syna ubogich kwakrów, Richarda Nixona. Natomiast tak dobrze jak Nixon nie pijał już żaden z jego następców – ceny bordoskich grands crus classés zwłaszcza od końca lat 1980. poszybowały w górę, a wystawna konsumpcja coraz mniej uchodziła elitom na sucho. Nixon, który miał swoje metody na eliminowanie politycznych przeciwników, znał również sprytne sposoby na picie Château Margaux. Strzegł zazdrośnie w czasie kolacji kieliszka z ukochanym winem, a obsłudze polecał, by gościom nalewała tańsze klarety, zasłaniając przy tym etykietki serwetą. Trzeba jednak i jemu oddać sprawiedliwość: był pierwszym amerykańskim prezydentem, który w czasie oficjalnych przyjęć zaczął podawać wino z Kalifornii. Zwyczaj ten z rozmachem kontynuował Ronald Reagan, który – jak wielu producentów podkreśla – bardzo się przysłużył nobilitacji kalifornijskiego winiarstwa. Po umiejącym wydawać przyjęcia Reaganie, przyszły czasy wielkiej smuty: obojętnego wobec tego, co pije Busha Seniora, niezbyt wyrafinowanego w podejściu do kulinariów Clintona (który swoją drogą od kilku lat jest weganinem), niepijącego alkoholu Busha Juniora i wreszcie Obamy, któremu zarzuca się zbytnią oszczędność, by nie powiedzieć, skąpstwo. Barack Obama urządził rekordowo niską liczbę oficjalnych przyjęć w Białym Domu  – siedem podczas siedmiu lat rządzenia; dla porównania Ronald Reagan wydał ich w ciągu dwóch kadencji aż 52, a Jimmy Carter, który lubił roztaczać wokół siebie aurę umiarkowania, w czasie 4 lat swoich rządów – przyjął gości na oficjalnej kolacji 28 razy. Obama jednak, jak mówią plotki, najbardziej lubi jeść chipsy, leżąc samotnie w łóżku. A kruszy tak koszmarnie, że trzeba mu codziennie zmieniać pościel. Na sztuce kulinarnej i winie ani on, ani jego sztab się nie zna – stąd w czasie ceremonii drugiego zaprzysiężenia prezydenta nie udało się uniknąć gafy, publikując menu, które oznajmiało, że toast zostanie wzniesiony Naturalnym Szampanem Korbel z Russian River Valley. Nie muszę Drogim Czytelnikom tłumaczyć, co na to Francuzi. Aczkolwiek nikt nie strzelił producentom szampana w stopę tak mocno jak ich własny prezydent, François Hollande, który podczas spotkania z kanclerz Merkel w Reims, upamiętniającego rocznicę porozumienia francusko-niemieckiego, miał tylko jedno życzenie: nie podawać szampana, bo to zwyczaj dla bogaczy. Fatalnie też zaszkodził branży winiarskiej rozmaitymi penalizującymi ją publikacjami Nicolas Sarkozy, który sam był abstynentem i nie lubił tracić czasu na jedzenie – galowe kolacje w pałacu prezydenckim za czasów pary Bruni-Sarkozy nie trwały dłużej niż godzinę. Natomiast facetem w pełni rozumiejącym, jaką jego słowo może mieć wagę dla winiarstwa, jest papież Franciszek, który na dużym zgromadzeniu publicznym powiedział, że "Nie ma święta bez wina", a jakiś czas temu przyjął u siebie delegację 180 sommelierów, winiarzy i dziennnikarzy winiarskich, którym wyznał: "Nie, nie jestem abstynentem, piję wino, piję mało, jak przystoi papieżowi, ale piję".

Spożycie wina w Watykanie stale rośnie, a skokowy jego wzrost odnotowano w czasie pontyfikatu Benedykta XVI. Fakt ten ma swoje liczne, barwne interpertacje. A to że Ratzinger był bardziej przygnębiony od Wojtyły, a to, że lubował się w bardziej wystawnym trybie życia. Jednak na watykańskie statystki wpływa dużo więcej czynników niż spożycie samych kardynałów – na terenie Watykanu znajduje się sklep wolnocłowy, do którego ma dostęp cała, mieszkająca w Rzymie dyplomacja. Skądinąd, gdy idzie o wino, żaden z ostatnich papieży nie zdradził się ze specjalnie kosztownym gustem. Jan Paweł II lubił montepulciano d'Abruzzo i białe wino rozcieńczane wodą. Benedyktowi gdzieś się wymknęło, że ceni rioję, ale najczęściej pije fantę. Franciszek wyznał, że ma szczególną słabość do grignolino d'Asti. A co wiemy o gustach polskich rządzących? Bardzo niewiele. Jarosław Kaczyński jako swoje ulubione wino wymienia półsłodką kadarkę, Donald Tusk – brunello di Montacino i cabernet sauvingon z kalifornijskiej winnicy Sequoia Grove. Interpretacje pozostawiam Państwu.  Parafrazując poetę: jest to kwestia smaku. Ale warto też pamiętać inne słowa tego wiersza: estetyka może być pomocna w życiu/ nie należy zaniedbywać nauki o pięknie.

Obama drinking beer.jpg

Tekst pierwotnie ukazał się w Magazynie Wino.