Ewa Wieleżyńska wiele o winie

SPIS TREŚCI

14.05.2016

felieton

Francuski piesek w Gruzji

Francuski piesek w Gruzji.jpgMoi i Gruzja. Fot. Dominik Śmiałowski

Zbliża się północ i lotnisko w Warszawie jest niemal puste. Przyjemne, choć złudne poczucie, że wszystko mogłoby się wydarzyć. Można by być tam albo tu. Polecieć na Zachód albo na Południe. Zacząć inne życie gdzieś indziej. Lizbona już odleciała, Nowy Jork startuje. Albo jeszcze do Barcelony bym chciała. Tymczasem jestem tu, w grupce nieznających się, ale mających się poznać dziennikarzy i czekam na samolot do Tbilisi. Oprócz nas jest jeszcze gromada potrząsających pejsami Żydów z Mea Szarim, nerwowych i hałaśliwych, tłoczących się przed gejtem do Tel Awiwu. Żaden scenarzysta nie wymyśliłby tego lepiej, tych późnych lotów, które zawsze korytarzem nocy wiozą nieprzytomnych pasażerów wgłąb ziemi, do kotła świata, gdzie wygotowała się nasza nieświadomość, nasze ego, a może nawet i dusza (niech Bóg ten i tamten mi wybaczą). Sobie dywaguję... i wtedy na zimną posadzkę pada jak krowi placek dowcip o karlicy u ginekologa, a między nawiązującymi pierwszy kontakt kompanami mojej wyprawy krążą już piersióweczki z burbonem. Robię minę numer 5: Dżizasss, nie znam was, kochani. I numer 6: jestem tu tylko przypadkiem. Na jakiego grzyba była mi ta Gruzja? Hę, panienko? Golniesz łyka?

Gruzja nie jest dla panienek. Choć i im potrafi działać na wyobraźnię – zwłaszcza gdy panienka zajmuje się winem lub po prostu pija wino. Najstarsze ślady kultury winiarskiej znaleziono na tych terenach. I to tutaj, jak chce mitologia, znajdowała się święta góra Ararat, u stóp której Noe zatrzymał arkę, by osiąść i zasadzić winorośl. Jest jeszcze parę innych historii: Argonauci po złote runo wyprawili się do strarożytnej Kolchidy, a Zeus przywiązał Prometeusza do skał Kaukazu. Osip Mandelsztam pisał (cytuję za bywalcem Gruzji, Wojciechem Góreckim), że "kultury Kauzkazu i Czarnomorza to księgi, z których uczyli się pierwsi ludzie". I litera tych ksiąg jest w Gruzji czytelna. Wystarczy przejść się po Tbilisi – mieście, gdzie patrzą sobie w oczy synagoga, meczet, kościół rzymskokatolicki i cerkiew, i gdzie co i raz, jak wszędzie w Gruzji, potykamy się o kilkusetletnie ruiny. Architektura miasta to historyczny i histeryczny galimatias. Wiejskie domki z tradycyjnymi drewnianami balustradami sąsiadują z sowieckimi odrapanymi dolarowcami oraz wystrzelonymi w kosmos rezydencjami współczesnych notabli, które na karkołomnych konstrukcjach, dyndając nad przepaścią, wznoszą się ku niebu, odzwierciedlając ambicje ich mieszkańców.  

Nadziewane bakłażany.jpgNadziewane bakłażany Fot. Dominik Śmiałowski

O popularności Gruzji wśród Polaków decyduje jednak coś innego niż fascynacja korzeniami europejskiej i wschodniej wrażliwości. We wszystkich relacjach powtarza się przede wszystkim zachwyt nad gruzińską gościnnością i kulturą stołu. Taką, jakiej u nas nastawionych racjonalnie i funkcjonalnie do życia (i w tym sensie w dużo wiekszej mierze należących do świata Zachodu), już nie ma. A za którą tęsknimy, bo wschodniej skłonności do ekscesów nie wytrzebiliśmy z naszych trzewi. Gruzińska supra, wywodząca sie z aramejskiego ssopra, oznaczającego jedzenie rozłożone na rozścielonej tkaninie, to zastaw się, a postaw się. Nikt we współczesnym świecie nie jest w stanie przejeść takich ilości. Panienki oraz ludzie umiaru będą mieli ścisnięte serca i wątroby na myśl o tym, że część z tych dóbr niechybnie wyląduje w koszu. Nie mówiąc już o tym, że słabsze organizmy ­– sowicie podlewane winem, ciągnące się w nieskończoność biesiady po prostu wykończą. I na niewiele się zda, że w trakcie supry nie pije się spontanicznie, a jedynie na zawołanie tamady, mistrza ceremonii, który nadaje ucztowaniu rytm. Tamada przeplata biesiadę toastami i udziela pozwolenia na toasty innym – pije się tylko po nich, ale za to do dna. A wychyla się kielichy za miłość, istnienie, trwanie i śmierć... Stół, jak często wskazują badacze Gruzji, jest metaforą celu życia, które spełnia się tylko o tyle, o ile dzielimy je z innymi. Przy tym gruzińskiem stole Polacy łacno płyną. Folgują sobie tak w jedzeniu, prześcigując się, kto pożre więcej chinkali, jak w piciu, któremu gruziński rytuał udziela legitymizacji. Polak w Gruzji czuje się bezpiecznie. Z jednej strony Gruzja jest na tyle kulturowo bliska, by nie poczuł się w niej obco; z drugiej, na tyle egzotyczna, że może w niej sobie popuścić wodze, zrzucając więzy krępujących go  konwenansów. Polak na wycieczce w Gruzji to nieustająca balanga – dowcipy o blondykach i karlicach też.

Gruzja jest piękna.JPGFot. Ewa Wieleżyńska Trzeciego dnia strzelającemu coraz większego wewnętrznego focha francuskiemu pieskowi we mnie przyszedł w sukurs tamada. Był faktycznie mistrzem ceremonii, przy którym doświadczenie stołu nabrało innego wymiaru. Potrafił wydobyć z każdego to, co w nim było najlepszego. Udzielał głosu paniom i panom, którzy wywołani do tablicy oratorskiego popisu, przełamywali własne ograniczenia, odnajdywali w sobie pokłady fantazji, dowcipu, brawury, a nawet czułości dla bliźnich, o którą być może sami siebie nie podejrzewali. Panienka musiała zawierzyć własnej spontaniczności, francuski piesek spuścić z tonu. Wybaczyć dowcipy o karlicach. Przynajmniej na chwilę. Gruzińska supra nie pozwala na dzielenie się w podgrupy, na kłótnie i niesnaski, wszyscy – chcą tego czy nie chcą – stają się wspólnotą. Panienka czasem się wyluzowuje. Jak brzmiał ten cytat? Zawiesza herbaciarnię argumentów i otwiera nocny bar doświadczenia. Czy jakoś tak...

Mirosław Pawlina –jeden z najlepszych tamadów.jpgMirosław Pawlina – urodzony tamada. Fot. Dominik Śmiałowski Artykuł pierwotnie ukazał się w "Magazynie Wino".