Ewa Wieleżyńska wiele o winie

SPIS TREŚCI

13.11.2016

felieton

Kolacja z Lafitem

Ch.Lafite-Lavender-view-C-Francois-Poincet.jpgChâteau Lafite. Fot. François Poincet Wyobraźcie sobie, że dostajecie zaproszenie na kolację do Château Lafite. Że nigdy wcześniej tam nie byliście, ba, nie było wam nawet dane spróbować tego legendarnego wina. Co robicie? Zważywszy, że czytacie ten tekst, prawdopodobnie się cieszycie. A nawet skaczecie z radości. Odliczacie dni i szykujecie się jak niewinna panna młoda na ceremonię ślubu (przypuśćmy, że domyślamy się, jak to jest...) Odmalowujecie sobie w myślach ten pierwszy raz, czujecie ten zapach, ten dotyk, ten smak, pakujecie odświętną sukienkę, udajecie się nawet do fryzjera, wykonujecie te wszystkie drobnomieszczańskie wygibasy, przy czym ekscytacja was nie opuszcza. Wreszcie wsiadacie w samolot i lecicie.

Ale gdy ten dzień w końcu nadchodzi, nie jest bynajmniej tak, że możecie się na tę świętą komunię w skupieniu przygotować. Zaprosili was bądź co bądź Rothschildowie – czas to pieniądz, wiadomo – musicie każdą minutkę produktywnie wykorzystać. Rano odwiedzacie Sauternes i Rieussec, potem gnacie do Pomerol, by degustować L'Évangile, tam déjeuner się przedłuża, w Bordeaux są korki, gubicie drogę, koniec końców wpadacie do Lafite spóźnieni, zziajani, nieumyci i pognieceni. Ale to przecież nieistotne szczegóły wobec tego, czym świat obiecał was za chwilę obdarzyć. Przyjmuje was enolog-gwiazda, który ponoć nie przyjmuje byle kogo. Oprowadza was po zapierającej dech w piersiach piwnicy (projektował sam Ricardo Bofill) zbudowanej na planie ośmiokąta. Beczki w przestronnym, wspartym na kolumnach wnętrzu ułożone są koliście. Panuje tu cisza jak w świątyni, słychać niemal szept wina, a wy zamiast kontemplować tę harmonię, robicie ten błąd, że zadajecie pytanie, czy kształt piwnicy był podyktowany względami metafizycznymi.

– Ja, proszę pani, jestem człowiekiem racjonalnym, nie bardzo rozumiem, o czym pani mówi.

– Cóż, dziś można się spotkać z różnymi teoriami na temat winifikacji, uważa się na przykład, że winu dobrze robi słuchanie Mozarta...

– Aha. Mnie to zupełnie nie interesuje. Ja, proszę pani, jestem człowiekiem nauki.

Moglibyście zamilknąć, ale że naturę macie przekorną, pytacie, czy fermentacja malolaktyczna przebiega naturalnie czy też dodaje się do wina kultury bakterii mlekowych.

– Madame, robimy to, co konieczne, by nasze wino było perfekcyjne. To wszystko. 

Potem, gdy już siedziałam w dziewiętnastowiecznym saloniku Betty Rothschild, sprawiającym wrażenie zagraconej babcinej bawialni, było tylko gorzej. Słowa się rozsypywały, zanim stworzyły zdania. Ewentualnie obijały się miękko od adamaszkowych tapet w kolorze burdelowej czerwieni (Betty, na Boga, skąd ci przyszły do głowy te cuda!?), znaczyły bowiem zupełnie coś innego, niż pozorowały.

– Państwo są z Polski? Tam musi być bardzo zimno – skonstatował enolog. – I lato chyba rzadko się zdarza?

– Faktycznie, prawie nie ma u nas słońca – odparłam.

– I wina pije się mało – kontynuował mistrz.

– W istocie, tyle co nic. 

– Przynajmniej dziś się państwo napiją, zapraszam na kolację.

Na stole brakowało jednego nakrycia.

– Ach tak... – przejechał ręką po czole nasz gospodarz – ... z państwem jest jeszcze kierowca. Proszę się nie martwić jedzenia jest w bród.

Pięć porcji zgrabnie podzielono na sześć. Siedzieliśmy w jadalni, w której nie było ani okien, ani elektryczności. Paliły się tylko świece, stół był okrągły, chciało się wywoływać duchy. W półmroku uczestniczyliśmy w kolejnych odsłonach tej porcelanowej kolacji. Kelner w białych rękawiczkach z leżącego przed każdym delikwentem pustego kryształowego talerza, zabierał pusty talerz porcelanowy, a następnie kładł pełen talerz porcelanowy, który po opróżnieniu zabierał, kładąc na pustym kryształowym talerzu następny pusty talerz porcelanowy, który za chwilę zabierał, by położyć porcealonowy talerz z kolejnym daniem. I tak siedem razy. Ilość sztućców i miseczek – jednych do sosów, drugich do mycia dłoni, trzecich do sałat – przyprawiłaby Wokulskiego o zawrót głowy. My trzymaliśmy się prosto, dbając o płynne gesty tak bardzo, że w pewnym momencie płynnie sięgnęłam po solniczkę, która okazała się cukierniczką (droga Betty, może Ty mi powiesz, co robiła na stole przy zupie?) i hojnie posłodziłam sobie krem z groszku.

– Wsypała pani sobie cukier do zupy.

– Nie szkodzi. Jest teraz doskonała z sauternem.

A to był ledwie początek. Musieliśmy jeszcze przejść przez Légende Bordeaux Blanc 2015, przy którym enolog powiedział mi, że białe bordoskie wina są kupażami sauvignon blanc i sémillon, następnie Los Vascos Grande Réserve 2012, dzięki któremu mogłam się dowiedzieć, że w Chile też robi się wino, dalej Caro 2013, kiedy zostałam pouczona, że malbec jest najważniejszą argentyńską odmianą, aż wreszcie doszliśmy do Château Lafite 1995. Było tak samo aksamitne jak tapety Betty, która musiała cierpieć na horror vacui, bo im dłużej przyglądałam się wnętrzom château, tym bardziej przytłaczała mnie ilość niedopasowanych do siebie przedmiotów i mebli – zbytecznych, pozbawionych funkcji, niemal wołających o więcej czułości i uwagi. Po całym dniu degustowania i picia nie byłam w stanie skończyć mojego lafita, który był przesmaczny. Kelner w białych rękawiczkach z pewnością wylał pozostałą zawartość kieliszka do zlewu. Jakieś 500-1000 zł się wylało. A z nimi znacznie więcej: garść marzeń i szczypta iluzji.

Pomiędzy zamiar i dokonanie pada cień – pisał zbyt wybitny na przywoływanie w tym felietonie poeta. Ale zdanie to samo mi z głowy wylazło, więc ję cytuję. Pomiędzy ideę i rzeczywistość pada też. Wyobrażamy sobie bowiem, że wypicie wina rzadkiego i wyjątkowego nas przemieni. Że wleje się w nas światłość, która naszą percepcję poszerzy. Że jak po pierwszej lekturze "Madame Bovary", "Doktora Faustusa", "Braci Karamazow"... wstawcie tu, co chcecie, będziemy świat widzieć inaczej. Tymczasem świat pozostaje taki sam. Wino jest tym, co sami w nie włożymy i co umieszczą w nim sprzedający je ludzie. Czasami to coś innego niż chcemy. Czasami my to czytamy inaczej, niż  twórcy wina by chcieli. Ta historia mogła mieć zupełnie inny koniec. Czekam na Ciebie, Laficie.

Ingres, Betty Rothschild.jpgBetty Rothschild na portrecie Ingresa

 

Artykuł pierwotnie ukazał się w "Magazynie Wino".