Ewa Wieleżyńska wiele o winie

SPIS TREŚCI

02.06.2016

felieton

Między bajki włożyć

Adriaen_van_Utrecht-_Vanitas_-_Still_Life_with_Bouquet_and_Skull.jpgAdriaen van Utrecht, Martwa natura z bukietem i czaszką

Amazon, który podobnie jak banki i parę innych miejsc, gdzie znajdują ujście moje kompulsje, wie o mnie więcej, niż jestem skłonna we własnym sumieniu się przyznać, wypluł mi ostatnio tytuł, jaki zdaniem Wszechksięgarni koniecznie powinnam poznać: Land and Wine. The French Terroir Charlesa Frankla. Autor, jak przeczytałam, jest nie tylko pasjonatem wina, lecz naukowcem z prawdziwego zdarzenia. Któż lepiej niż geolog - pytają retorycznie wydawcy - a więc ktoś, kto dogłębnie rozumie gleby, potrafiłby nam wyjaśnić relację między winem a siedliskiem? Sprawdziłam: książka została wydana po raz pierwszy w roku 2011, a więc po opublikowaniu licznych dysertacji, wedle których wpływ podłoża na smak wina nie jest naukowo dowiedziony. Doskonale wiemy jednak, że barolo z Serralungi różni się od tego z Verduno, a pommard smakuje inaczej niż volnay... Wreszcie ktoś, pomyślałam, kto bierze się za bary z problemem i książkę – który to już raz miało się okazać, że bez sensu – zamówiłam.

Charles Frankel opisuje Francję region po regionie w kolejności ich geologicznego powstawania, barwiąc narrację spektakularnymi zdarzeniami i egzotycznymi terminami z dzieniny tektoniki, o których dziennikarce winiarskiej i zwykłemu czytelnikowi nigdy się nie śniło. Roi się tu od dinozaurów, amonitów, ostryg i innych podmorskich stworów, które inspirowały wyobraźnię ludzkości od stuleci, co i raz wybuchają wulkany, paradują księżniczki i królowie, lecz gdy przychodzi do rzeczowej konkluzji, dowiadujemy się, że morgon pochodzące z łupków pachnie imbirem, cynamonem oraz lukrecją, a krzemień w glebie odpowiada za dymno-przyprawowe aromaty sancerre... Pytania "dlaczego?" naukowiec sobie nie stawia, co wydaje mi się intrygujące. Można stwierdzić po prostu, że jest mało dociekliwy, a jego książka to humbug. Ciekawiej jednak jest puścić w ruch pewien psychologiczny aparat.

Gdy zanalizujemy większość winiarskich narracji, począwszy od notki degustacyjnej obfitującej w animistyczne porównania (wino jest nerwowe, zmysłowe, seksowne, milczące; pełne ciała, werwy, energii, ma usta, nos, etc...), a skończywszy na opowieściach o winach, które odmieniły nasze życie,  skonstruowanych według schematu "aż pewnego razu..." – pochodzącego wprost z baśniowej poetyki – dostrzeżemy, że w tej grze chodzi przede wszystkim o podtrzymanie aury cudowności i odzyskanie dziecięctwa. W swojej świetnej książce "Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni" psychoanalityk Bruno Bettelheim pisał, że każdy człowiek pragnie przebyć pewne niebezpieczne zdarzenia, wyjątkowe próby, odbyć wyprawę w tamten świat. Hobby takie jak wino, obfitujące w rytuały inicjacyjne (wciąż jest jakiś pierwszy raz) oraz w dużej mierze polegające na wchodzeniu w kolejne stopnie wtajemniczenia, niczym baśnie słuchane w dzieciństwie, pozwala nam, wiecznie niedorosłym, rozgrywać wewnętrzną psychodramę. A to wyprawiamy się w odległe krainy po skarby i poszukujemy świętego Graala, a to przenosimy się z butelką wina gdzieś "hen, dawno temu", a to ufamy, że kolejna, którą z trudem zdobędziemy bądź odkryje ją przed nami jakiś dobry duch, przeniesie nas do nowego, wspaniałego świata. Pomijam tu, rzecz jasna, prozaiczne zainteresowanie winem, które można elegancko nazwać krytyką konsumencką, a  które w gruncie rzeczy sprowadza się do tego, jak się tanio uwalić. Piszę o ludziach prawdziwie winem omamionych, bo tylko tacy wariaci mogą być czytelnikami tego żurnala. Ludziach, którzy niestrudzenie kolekcjonują butelki lub po prostu wrażenia, ufając, że spełni się obietnica o winie idealnym.  Ale – jak dobrze wiemy – wino perfekcyjne nie istnieje, wszystkie zawsze niedomagają; kolekcjonerem z krwi i kości rządzi nieusuwalna tęsknota.

Freud uważał, że kolekcjonowanie to czysta kompensacja: obiekty, których pożądamy, każą nam się łudzić, że wejście w ich posiadanie pozwoli nam rozładować napięcie, zapełni emocjonalny brak. Innymi słowy, są one symbolicznym substytutem tatusia i mamusi, którzy w dzieciństwie nie dość nam dali. Dużo głębsze, metafizyczne światło na zjawisko kolekcji rzuca, skądinąd powołujący się na Freuda, Walter Benjamin. W jego interpretacji dorosły kolekcjoner stara się odtworzyć radość, jaką odczuwał, gdy pod choinkę prezenty przynosił mu Święty Mikołaj. Ciągle i znów. Duszą zabawy - a za jej ekwiwalent można uznać w dorosłym życiu kolekcjonowanie - jest, zdaniem Benjamina, powtórzenie. Nic nie uszczęśliwa dziecka bardziej niż "jeszcze raz"...  Zabawa – pisze dalej Benjamin – jest akuszerką wszelkich przyzwyczajeń.  Powtarzając pewne czynności w zabawie, dziecko oswaja chaos, konstruuje doświadczenie. Kolekcjonowanie, można powiedzieć, jest podniesieniem przyzwyczajenia do rangi rytuału; nadaniem mu formy opowieści. Zarazem, jak pisze Benjamin, i jest to jedna z najpiękniejszych myśli o kolekcjonerskiej pasji: kolekcjoner uwalnia rzeczy od przymusu użyteczności, a w ten paradoksalny sposób odziera je z cech towaru. Tym samym jednak kolekcja, która rządzi się ekonomią utraty, jest otwartym przyznaniem się do prawdy vanitas vanitatum et omnia vanitas. Zwłaszcza gdy jej przedmiotem jest rzecz tak płynna, jak -znikające w czeluściach klozetu - wino. Ocala nas zabawa i baśniopisanie. 

Tekst pierwotnie ukazał się w "Magazynie Wino".