Ewa Wieleżyńska wiele o winie

SPIS TREŚCI

15.10.2016

felieton

My wszyscy, pocieszni wykwintnisie, stamtąd

Zamek w Grignan.jpgGrignan z górującym nad nim pałacem / Fot. Mat. prasowe

Pijąc cierpkie i chude grignan-les-adhémar (dawniej zwane coteaux du Tricastin – nikt jednak nie chciał nazwy, która kojarzyła się ze szwankującą elektrownią jądrową) – niby wino Południa, smakujące jednak jak koścista fraza Stendhala i jego niespełnione miłości, myślałam o markizie, której wino to zawdzięcza swoje imię. Grignan, bowiem – jakkolwiek jego malownicze zabudowania zwieńczone renesansowym pałacem dumnie górują nad polami lawendy – nie rozpalałoby tak wyobraźni, a jego nazwa nie byłaby tak pożądana, gdyby miejscowości nie rozsławiły siedemnastowieczne listy Marquise de Sevigné. Listy – uwielbiane przez historyków, lecz będące takim samym utrapieniem francuskich licealistów, jakim naszych są Reymontowscy "Chłopi".

Markiza narodziła się dla wielkiej literatury epistolarnej w roku 1671, niedługo po tym, jak wydała za mąż swoją córkę Françoise-Marguerite (piękną, białą i tłustą – powiadają świadectwa epoki) za François Adhémar de Monteil, hrabiego de Grignan. O nim z kolei czytamy, że był dwa razy starszy od swojej małżonki, nieprawdopodobnie szpetny, w wianie zaś przyniósł jej masę długów, dwójkę trudnych córek z poprzedniego małżeństwa oraz syfilis. Zapewnił jej jednak szanowane w całej Francji nazwisko, bliskość królewskiego dworu, wolność od zaborczej matki i ekstrawaganckie życie w jednej z najważniejszych, a przy tym najpiękniejszych francuskich prowincji. Stęskniona za córką Madame de Sevigné słała do niej listy, które są przede wszystkim świadectwem namiętnej matczynej miłości (psychoanalitykom pozostawmy badanie drzemiących w uczuciu markizy kompleksów), ale stanowią też ilustrację czasów, w których krystalizowała się znana nam dzisiaj kultura stołu oraz współczesna emocjonalność – co jak wywodzi antropolog Norbert Elias idzie ze sobą w parze.

W świetnej, nie tak dawno przełożonej w całości na język polski, książce "O procesie cywilizacji" Elias pokazuje, jak standardy techniki jedzenia zmieniały się wraz z przemianą społeczeństwa rycerskiego w dworskie, a co za tym idzie pacyfikacją stosunków międzyludzkich. To na dworze współczesnego pani de Sevigné Ludwika XIV wykształciło się w pełni tzw. dystyngowane towarzystwo, które nauczyło się powściągać swoje odruchy emocjonalne, a akty przemocy fizycznej zastąpiło szermierką słowem i wyrachowaną intrygą. Towarzystwo, które sposoby operowania łyżką, nożem, widelcem – co jako indywidualna, a nie wspólna zastawa, pojawiło się na pańskich stołach dopiero na początku XVI w. – stopniowo obwarowywało coraz bardziej zniuansowanymi regułami, jakie dziś bierzemy za oczywiste. U źródła takich nakazów jak trzymanie dłoni na stole, niewymachiwanie nożem, lecz branie go do ręki tylko wtedy, gdy jest potrzebny (skądinąd tego nakazu jeszcze wielu polskich biznesmenów nie uwewnętrzniło), niejedzenie rękami, zdaniem Eliasa, nie leżą względy higieniczne, lecz chęć odcięcia się od spontanicznego ludobójstwa i kanibalistycznej przeszłości. Wysublimowane formy towarzyskie, jakie wykształciły się pod okiem Króla-Słońce zaczęły się rozprzestrzeniać na wszystkie dwory Europy, a dalej schodzić w dół, kształtując obyczajowość mieszczaństwa. To na dworze Ludwika XIV jedzenie zaczęło być oderwanym od fizjologicznych potrzeb spektaklem.

Markiza de Sevigné zostawiła nam w spadku wiele anegdot z tego dworu, to jej m.in. zawdzięczamy wiedzę o tym, jak zginął protoplasta wielkich szefów kuchni, słynny mistrz ceremonii Kondeusza Wielkiego, François Vatel (wspaniale zagrany w filmie Rolanda Joffé przez Gérarda Depardieu). Wydając w Chantilly wielkie, trzydniowe przyjęcie na cześć Ludwika XIV, które miało umocnić pozycję księcia de Condé na dworze, ponosił on w swoim mniemaniu porażkę za porażką – mimo zapewnień księcia, że wszystko jest w porządku, a król trwa w nieustającym zachwycie. Podczas jednej z kolacji na bagatela! 2000 osób przy dwóch stołach zabrakło pieczeni, innej nocy chmura przysłoniła kosztujące fortunę sztuczne ognie, a trzeciego dnia Vatel odbierając ryby, został zdruzgotany ich skąpą ilością. – Czy to wszystko? –  zapytał dostawcę. – Tak, panie – odpowiedział tamten, nie wiedząc, że Vatel zamówił ryby we wszystkich możliwych portach. Majordomus udał się do swego pokoju i ze wstydu, że stracił reputację, zadał sobie trzy ciosy szpadą. Służba, która chwilę później przyszła go poinformać, iż właśnie dotarli rybacy z towarem, zastała go leżącego w kałuży krwi.

Madame de Sevignė.jpgPortret markizy de Sevigné

Bystra markiza chwilami zdradza się również ze zgoła średniowiecznym myśleniem. Jak wtedy gdy przestrzega córkę, by nie jadła zbyt dużo czekolady w "swoim stanie", gdyż pewna dama, która nadużywała tego przysmaku w ciąży, urodziła całkiem czarnego chłopca. Jednak jej przenikliwe psychologiczne analizy, uczucia pod pręgięrzem zdyscyplinowanej frazy, estetyzacja i celebracja codzienności są na wskroś współczesne.

 Madame de Sevigné umarła samotnie w pałacu w Grignan; córka, jak twierdzą biografowie, w ostatnich dniach nie chciała złożyć jej wizyty. Ilekroć piję cokolwiek melancholijne – wybaczcie taniość metafory – bo dotknięte istotnym brakiem wobec najlepszych win z Doliny Rodanu grignan-les-adhémar, czuję bliskość markizy. Opisując wino, nie rozdzielalibyśmy dzisiaj włosa na czworo i nie nizalibyśmy opowieści o jedzeniu na nitki metafor, gdyby na pewnym etapie cywilizacji nie wykształciła się dworska etykieta. My wszyscy, pocieszni wykwitnisie, jesteśmy stamtąd.

 

Artykuł ukazał się pierwotnie w "Magazynie Wino".