Ewa Wieleżyńska wiele o winie

SPIS TREŚCI

06.05.2016

felieton

Po co nam wino?

Manifest wino.png

J. – człowiek, który szybko myśli, a jeszcze szybciej działa, bladym rankiem przysłał mi parę dni temu sms. – Jutro kolacja u mnie, wcześniej degustacja. Przyjeżdzacie do Lublina o 17. Do zobaczenia –.

I już. W jeden dzień musiałam zrobić to, co miałam zaplanowane na dwa, bo jak się domyślacie, J. się nie odmawia. To znaczy można. Jednak odmowa byłaby równoznaczna z poczuciem, że gdzieś tam, bez nas, patrzy się życiu pod sukienkę, podczas gdy my cerujemy na niej łatki. Pociąg spóźnił się godzinę, więc wpadliśmy z E.  w sam środek towarzyskiej sytuacji. Rzecz się działa w lubelskim barze Manifest Wino.

J., inicjator spotkania, siedział u czoła dużego stołu, polecał otwierać butelki i komentował każdą: – Zwróćcie, proszę uwagę, jak to wino jest zniuansowane, ile ma głębi, a jaką mineralność – powiadał. Wokół stołu siedzieli architekci, prawnicy, reżyserzy, menadżerowie kultury i kiwali głowami. – Tak, tak, jest mineralność, nie da się zaprzeczyć – szeptali. Jest i głębia - wtórowałam. Trwaliśmy w naszych modłach przez moment; jedni przez grzeczność, inni wierząc w swe wyznania szczerze, jeszcze inni – biorąc je w nawias. Istotne i rzeczywiste rozgrywało się gdzie indziej. Wina tryskały bowiem autentycznością. Nie potrzebowały dopowiedzeń. Wyszperane, gdzieś w Europie, z małych rodzinnych winiarni, przez ojca i trzech synów, z których każdego natura wyposażyła w degustatorski zmysł. Wszyscy prawnicy z wykształcenia, papa – sędzia, synowie przez papę do zawodu zniechęceni, wspólnie postanowili poświęcić się czemuś, co ich łączy, a łączą ich – jak każdą wystarczająco dobrą rodzinę – spotkania przy stole i winie. Coś tam na boku dla przyzwoitości notowałam, raczej znudzona dziennikarskim obowiązkiem, bo chłopcy byli przezabawni i słuchanie ich naprędce kleconych opowieści – których streścić nie sposób, trzeba się po nie wybrać do Lublina – było zajęciem dużo bardziej zajmującym niż sporządzanie degustacyjnych notek. 

A potem przenieśliśmy się całym towarzystwem do J. We wnętrzach, w których Zygmunt August czułby się jak u siebie, J. podawał minimalistyczne w formie, barokowe w smaku potrawy Yottama Ottolenghiego. Warzywa i kasze, do których hojnie polewał wina. Stare burgundy, sancerry, rieslingi i nie pamiętam co jeszcze. Nie wiem, jakie miały roczniki i jakie miały nazwy – niezapisana karta, blank. Wypadłam z roli, po prostu byłam, a wino było tłem. Przeklikało mi się coś w głowie i przywróciłam je bezwiednie właściwej mu funkcji. W tej zmianie na synapsach z pewnością uczestniczyli gospodarze, goście i Manifest Wino – przedsięwzięcie, które ma w sobie (i oby zawsze miało) miłosną energię początku. Gdyby dzisiaj przyszło mi pisać manifest dla Manifestu i manifest dla samej siebie, napisałabym mniej więcej tak: 

Wino znaczy spotkanie.

Reszta jest pięknoduchowską brednią.

Żeby nie było: pierwsza, gdy idzie o pięknoduchostwo, biję się w pierś. Wino, o ile nie piszemy o jego kulturowym kontekście czy ludziach, jacy za nim stoją, nie jest tematem, który da się ująć ideowo. Pozostaje nam pławienie się w sosie własnych wrażeń. Z dumą klepiemy się po brzuchu i wymieniamy słynne nazwy, które bebech nam rozdęły. Melancholijnie spoglądamy w przeszłość i wyobrażamy sobie, co w takim to a takim roku się działo lub mogło było się dziać. Inkrustujemy wypowiedzi słowami, jak tajemnica czy magia, wznosząc ołtarzyk dla poczucia własnej wzniosłości. Parafrazując filozofa, można by rzec, że myślenie o winie jest rozpływaniem się w bezpostaciowym dźwięku dzwonów i ciepłej woni kadzideł. Jest zaniemyśleniem. Zdobiące to zaniemyślenie bardziej lub mniej udane przymiotniki przysłaniają istotną treść wina. I może taki mają cel. Odwracają oczy od faktu, że wino jest po to, by wprawiać nas w stan upojenia. Stan, z perspektywy którego świat jawi się jako miejsce mogące budzić w nas wdzięczność. Wybierzcie się do Lublina.

Manifest Wino na ulicy.jpgManifest Wino przy ulicy Przechodniej 4 w Lublinie. Tekst ukazał się pierwotnie w "Magazynie Wino".