Ewa Wieleżyńska wiele o winie

SPIS TREŚCI

27.02.2016

felieton

Życie i lajfstajl

Latem, gdy światło jest cieplejsze i kwitną bugenwille, wszechobecna różowość może przyprawiać o mdłości. Latem, gdy światło jest cieplejsze i kwitną bugenwille, wszechobecna różowość może przyprawiać o mdłości. Henri Milan, prowansalskie enfant terrible, przeciągał strunę. Wiedział, że mamy wizytę w pobliskiej Domaine Hauvette, ale nie chciał nas wypuścić. – Mówiłem ci, żebyś przewidziała dużo czasu – uśmiechał się, otwierając trzydziestą butelkę. Były to z pewnością najdroższe vins de table, jakie piłam. A właściwie vins de France według dzisiejszej terminologii. 30–50 euro za butelkę. Milan, podobnie jak jego sąsiadka, Dominique Hauvette, uparł się, by w Prowansji robić wina czerwone. I białe. Wina prawdziwe, które nie zawsze podobają się władzom apelacji.

Od Nicei po Arles pożądający lekkości bytu przyjezdni wypijają hektolitry rosé. Nawet w zimie, która skądinąd tutaj nie przychodzi. Cienie o tej porze roku są dłuższe i bardziej niebieskie, ale ostre południowe słońce niemal nigdy nie gaśnie; rozświetla skały i domy, które odmieniają barwy różu we wszystkich odcieniach. Latem, gdy światło jest cieplejsze i kwitną bugenwille, wszechobecna różowość może przyprawiać o mdłości. Jak jedno rosé za dużo. O co łatwo: w letnie dni trzy flaszki to standard na parę. Jedna na plaży, jedna do obiadu, jedna do kolacji. I wciąż chce się pić… Rosé to żyła złota. Szybko się robi, szybko się sprzedaje, szybko wysikuje. Stąd 90 proc. win w Prowansji to wina różowe. Gdyby garstka wariatów różnej maści: byłych architektów, niedoszłych prawników, znudzonych szefów kuchni, zabłąkanych karaibskich rybaków zdecydowała, że chrzani terroir i walkę o autentyczność, róż by wszystko pochłonął. I ulotnił się niepostrzeżenie w pocie resetujących się ciał.

– Wiem, wiem, wiem! – krzyknął Milan, klepiąc się w kolano. – Wiem, skąd cię znam. Sophie Marceau! Wykapana Sophie Marceau! Słuchaj, Sofka, lepiej zostańcie. Dominique i tak was nie przyjmie. – Zbliżało się południe, pora drażliwa, gdy każdy porządny Francuz robi się głodny. Dzwonię, że się spóźnimy, że jesteśmy tuż obok, że wyjeżdżamy... Mój potok słów i jej ściana lodu: – Nie będę miała zbyt dużo czasu. Po pięciu minutach widzimy tablicę: Domaine Hauvette. Nie prowadzi się degustacji. Nie przyjmuje się wizyt. Nie sprzedaje się wina. Trzy „nie” i trzy dzikie, uciekające przed nami psy. Dominique wita nas podejrzliwie. Wysmukła, twarda, wyrzeźbiona przez życie. Bez ornamentów, zbędnych słów, znamion trawienia energii na jakikolwiek zbytek. Mocny uścisk dłoni i wzrok za mgłą popękanych naczynek, ale przenikliwy. Moja ty gębo przeklęta! Z czym do człowieka? Uszminkowana? I w butkach lakierkowych? Kobiecość mi się ulewa i mnie uwiera. W ułamku chwili wszystko staje się jasne. Jest Dominique, jej psy i wino. Winnice, które stworzyła od zera. Życie na szali. A po drugiej stronie nasze laptopiki, nasze przymiotniki, nasz dziennikarski lajfstajlik. Wtarabaniamy się do tej piwnicy, spóźnieni, bo Milan nas zatrzymał, zaraz biegniemy dalej, bo Durrbach czeka, i będziemy teraz opisywać te wina, plując, mlaszcząc… mmm, mniam, ouah… brwi unosząc i stukając: cytrynka, brzoskwinka… Durna katarynka. W dodatku pierwsze wino jest korkowe. – Korkowe – powiedziałam. Myślałam, że mnie zabije. Na początku uznała chyba, że się mylę. Ociągała się, by ściągnąć z wysokiej półki drugą butelkę. – Miałam w lecie wypadek. Spadłam z drabiny. Butelka wbiła mi się w oko – powiedziała, otwierając już kolejne wino, wciąż nie do końca sprawną dłonią. I odpłynęliśmy. Mój Boże, te wina były genialne. Pochłaniały, wzruszały, kładły na kolana. Rzadko wino jest tak kompatybilne z winiarzem. Te zdawały się jej przedłużeniem. Strzeliste, kamienne i wstrzemięźliwe jak ona. Surowe i przenikliwe jak ona. Subtelne. Szeptał w nich krystaliczny strumień, iskrzyło się górskie słońce. A w środku, pod tym chłodem, otwierał się słodki owoc: szczodre serce. Patrzyła na nas nieufnie, drobiących w klawiaturę. Aż Monty powiedział: – Monsieur z Château Fontcreuse powinien do pani pielgrzymować, żeby zrozumieć, czym jest marsanne. – Twarz jej ani drgnęła: – Co to Fontcreuse? – Nie znała uznanego producenta Cassis i orędownika marsanne? Być może. Obojętnie podeszła do betonowej kadzi i nalała nam jeszcze inne wino z tego szczepu. A potem przyjęła zaproszenie na lunch. Przyjechała do Prowansji na wakacje – opowiadała nam w Le Croque Chou, lokalnej knajpie, poleconej nam przez Milana. I już została. Pochodzi z Val d’Isère. Rodzice prowadzili tam hotel, a ona pracowała jako instruktorka narciarska. Ale w latach 1980. narciarstwo zmieniło się w przemysł. Góry nie były już jej, ksiądz przestał śmigać w sutannie, by odwiedzić parafian. W 1985 roku zdjęła narty i więcej ich nie włożyła. Zaczęła od 2 ha. Dziś Domaine Hauvette liczy ich 16. Kupiła też drugą winnicę, w Roussillon, tam ma swoje góry i konie. Po wypadku nie może za długo prowadzić samochodu i nie może jeździć konno, więc niestety bywa tam rzadziej. Nie ma dzieci. Siostrzeniec nie jest zainteresowany przejęciem winnicy. Owszem, bywa zmęczona. Ale to jej życie. Nie zostawi go przecież ot, tak.

Etykietka Domaine Hauvette.Etykietka Domaine Hauvette.

Na odchodnym podarowała nam butelkę czerwonego Domaine Hauvette 1998. Monty napisał na fejsbuku: czysty absolut. Dominique nie mogła tego zobaczyć, media społecznościowe nie należą do jej świata. Zaraz po powrocie chciałam do niej napisać i podziękować. Ale nigdzie nie znalazłam jej adresu mejlowego. Strony internetowej zresztą też nie. To był pierwszy list, jaki wysłałam od 15 lat.

Tekst pierwotnie ukazał się w "Magazynie Wino".