Ewa Wieleżyńska wiele o winie

SPIS TREŚCI

07.11.2016

wino dla geeków

Historie winiarskich fałszerstw

I am not drinkin any fuckin merlot!.jpg"I am not drinking any fucking merlot". Film "Bezdroża" miał realny wpływ na rynek wina, a nawet rynek jego fałszerstw.

Fałszowanie wina jest równie stare jak jego historia. Kodeks Hammurabiego skazywał karczmarzy rozwadniających wino na utopienie. Nie znał jednak wyrafinowanowanych przekrętów, które wymyślił wiek XX: czas, kiedy wino zyskało niespotykaną dotąd wartość symboliczną.  

Winiarskie oszustwa są różnej natury: od stosunkowo niewinnych polegających na podrasowaniu wina nieszkodliwymi dla zdrowia, ale nielegalnymi dodatkami, po ekstremalne, rzadkie przypadki dodania do wina substancji, które mogą wywołać zgon.

Merlot pinotem

Jedną z częstych form oszustwa jest sprzedanie tańszego wina jako droższego bądź mało popularnego jako tego, na które akurat jest popyt. Osławione w czasach Cesarstwa Rzymskiego wino z Falernum występowało w takich ilościach, że Pliniusz Starszy narzekał, iż autentycznego wina nie pije nawet arystokracja. Podobna sytuacja miała miejsce w latach 1950. w Paryżu, kiedy aglomeracja wypijała rocznie 250 mln butelek beaujolais, podczas gdy region produkował jedynie 50 mln. Dziś tajemnicą poliszynela jest, że nie każdy kieliszek albariño sprzedawanego w hiszpańskich tawernach faktycznie zawiera tem modny szczep. W roku 2009 wybuchła afera, zwana Pinotgate. Po emisji popularnego filmu „Bezdroża“, który zapisał się jako pierwsza w historia fabuła mająca realny wpływ na rynek wina, sprzedaż pogardzanego przez filmowego bohatera merlota w Stanach Zjednoczonych spadła, wzrosło natomiast zapotrzebowanie na hołubione przez niego pinot noir. Wyszło na jaw, że w latach 2005-2008 francuska firma Sieur d’Arques sprzedawała rok rocznie kalifornijskiemu producentowi Gallo 1.3 mln skrzynek langwedockiego pinot noir, butelkowanego potem pod znanym brandem: Red Bicyclette. Sęk w tym, że Langwedocja produkuje rocznie jedynie 500 tys. skrzynek pinota.  Eksportowane wino było kupażem syrah i nomen omen merlota. Prawnik Sieur d’Arques stwierdził w sądzie, że „ani jeden amerykański konsument nie złożył skargi“.

Vin de Napkin_Red_Bicyclette.jpg© Vin de Napkin

Rioja przebrana za bordeaux

System prawa apelacyjnego, które chroni miejsce pochodzenia wina, zaczął się rozwijać dopiero w pierwszej połowie XX w. Wcześniej przywiązywano wagę przede wszystkim do tego, by wino się sprzedało, nie przejmując się jego autentycznością. W Bordeaux nagminnie kupażowano wina z rioją albo z winami rodańskimi (w XIX w. aż 80% produkcji Hermitage pochłaniał departament Żyrondy). Dziś reguły apelacji skuteczniej chronią wino przed tego typu praktykami. Ale raz po raz szepcze się o tym i owym, bądź nadużycia wychodzą na jaw. Producenci prosecco uważają, że dolanie do niego odrobiny pinot noir z położonej obok Górnej Adygi wychodzi winu na dobre; w Piemoncie jedni drugich oczerniają o bezprawne dodanie barbery lub merlota do barolo. W Montalcino parę lat temu wybuchł skandal, gdy ujawniano, że wielu producentów brunello, które zgodnie z prawem powinno być produkowane z czystego sangiovese, dodaje do niego merlota. Wszystko w trosce o lepszy, czytaj: lepiej sprzedawalny smak wina.

Wina doktora Jekylla

Najtragiczniejsze w skutkach „udoskonalenie“ wina wynikało z zacnej intencji, by chronić je przed zepsuciem. Rzymianie jako środek konserwujący dodawali tzw. sapę. Był to słodki syrop powstały z wygotowania wina w ołowianym naczyniu; jego aktywnym składnikiem był octan ołowiu.  W czasach Columelli litr wina doprawionego sapą zawierał 20 mg ołowiu, co 40 razy przewyższało poziom określony dzisiaj jako toksyczny. Barwna hipoteza powiada, że to zatrucie ołowiem doprowadziło do upadku Cesarstwa Rzymskiego. Na ołowicę mieli również cierpieć Beethoven, Handel i Goya. Pierwsze edykty zabraniające użycia ołowiu przy produkcji wina zostały wydane przez Karola Wielkiego. Ale praktyka ta miała jeszcze miejsce w XVIII w., choć groziła za nią kara śmierci.

Dziś konserwacja wina nie przysparza żadnych trudności, stosowane „ulepszacze“ mają funkcje estetyczne. Najczęściej poprawiane są kolor oraz aromaty wina. Przez długi czas intensyfikacji czerwonej barwy służyły w winiarstwie owoce czarnego bzu. Wykorzystywano je przy produkcji różowych szampanów, na potegę dodawano do porto. Do tego stopnia, że w 1796 roku rząd portugalski nakazał wykarczowanie wszystkich drzew czarnego bzu w regionie. Producenci bordeaux natomiast w XIX w. dolewali do wina crème de cassis – nie tylko by podkreślić kolor, ale również charakterystyczny porzeczkowy zapach caberneta. Dziś tego typu machlojki są łatwe do wykrycia, gdyż istnieje technologia umożliwiająca wyizolowanie poszczególnych składowych aromatu. Ale jest też druga strona medalu: kiedy odkryto, że za charakterystyczny agrestowy zapach sauvignon blanc odpowiadają pirazyny, południowoafrykańscy winiarze postanowili je wyselekcjonować i dorzucić do wina, by uwydatnić lubianą przez konsumentów cechę. Kilku menadżerów przypłaciło to utratą pracy. Dużo bardziej brzemienny w skutki był skandal z masowym dodawaniem glikolu do wina przez producentów austriackich w latach 1980., co w założeniu miało czynić teksturę wina bardziej oleistą. Pomimo histerii, jaka się rozpętała, glikol nie był szkodliwy dla zdrowia, jednak nagłośnienie tej sprawy, które na blisko 10 lat zahamowało eksport win z Austrii, w dłuższej perspektywie czasowej przysłużyło się austriackiemu winiarstwu, dzisiaj bowiem należy ono do najbardziej restrykcyjnych. Ekstremalnym, fatalnym skandalem w historii winiarstwa był ten z dodaniem metanolu przez producentów w północnych Włoszech, co zaskutkowało śmiercią ponad dwudzietu osób.

Wina, których nie było

Butelki Jeffersona.jpgSłynne butelki Thomasa Jeffersona

Najbardziej malownicze skandale, które wyhodował popyt na stare roczniki, wiążą się z fałszowaniem wiekowych butelek. Sprawa jest wydawałoby się banalnie prosta: nikt przecież nie wie, jak powinny smakować ponad dwustuletnie bordeaux. Zresztą nie po to się je kupuje, by je wypić. A jednak dwóch najsłynniejszych fałszerzy wpadło. Hardy Rodenstock wyspecjalizował się w sprzedaży butelek z kolekcji Thomasa Jeffersona. Wystawione przez niego na aukcji w Christie’s fałszywe Château Lafite 1787 zostało zakupione przez Forbesa za 156.000$. (Więcej o tym skandalu pisałam ponad sześć lat temu tu). Rudy Kurniawan natomiast skoncentrował się na podrabianiu starych burgundów, których sprzedaż w dużej mierze przyczyniła się do wzrostu domu aukcyjnego Acker Merrall & Condit. Obydwaj głupio wpadli: wypuścili w obieg wina, które nigdy nie istniały. Rodenstock sfabrykował  Romanée Conti 1947, które w tym roczniku nie miało zbiorów wcale, a  także zabutelkował Pétrusa 1921 w magnum, co też nigdy nie miało miejsca. Kurniawan natomiast zorganizował aukcję starych roczników 1945-71 Clos Saint-Denis Domaine Ponsot, choć posiadłość wypuściła pierwszy rocznik tego wina w 1982 roku. Panowie słynęli ze szczodrości i wystawnych przyjęć, na które chętnie zapraszali dziennikarzy. Jancis Robinson do dziś jest przekonana, że Yquem 1811 z kolekcji Rodenstocka należało do najwspanialszych win, jakie kiedykolwiek piła. Jeżeli było fałszywe – stwierdziła - to ten, kto je stworzył, zasługuje na najwyższy szacunek.

Korzystałam z Wine. Myths and Reality Benjamina Lewina oraz Wine & Society  Steve’a Chartersa.