Ewa Wieleżyńska wiele o winie

SPIS TREŚCI

03.05.2016

wino dla geeków

Dziennik kalifornijski

IMG_2739.JPGWidok na Stinson Beach. Marin County.

Na wyjazd do Kalifornii cieszyłam się szczególnie. Mój mąż urodził się w San Francisco, dzieciństwo spędził w Sausalito, a potem w całym stanie było więcej miejsc, w których mieszkał niż nie mieszkał. Chciałam zobaczyć jego śmieci i chciałam spróbować tych kalifornijskich win, których u nas kupić nie można. A kupić nie można bardzo wielu.

Kalifornia od kilku lat utrzymuje się w czołówce krajów eksportujących do Polski, według statystyk idzie pod względem ilościowej sprzedaży łeb w łeb z Włochami oraz Francją, raz zajmując pierwszą pozycję, to znowu spadając na drugie lub trzecie miejsce. Była regionem, który najszybciej zareagował na ustrojową zmianę w Polsce. Na początku lat 1990. gdy na rynku wciąż trwały okopane na swoich pozycjach Sophia i Château Slavyantsi, do polskich supermarketów wjechały butelki Paula Massona o kształcie psychodelicznych wazonów oraz różowe white zinfandle firmy Sutter Home, które Bobowi Trinchero wymyśliły się zupełnie przypadkiem. W roku 1975 fermentacja gron zinfandla przeznaczonego na rosé nagle się zatrzymała. Blisko 4000 l słodkiego wina Bob był zmuszony odstawić na bok, ale kiedy po dwóch tygodniach je spróbował, uznał, że jest całkiem przyjemne. Taki był początek komercyjnego sukcesu różowego popitka smakującego niczym rozpuszczona landrynka, na którym dzisiaj wiesza się psy za złachanie opinii zarówno winom różowym, jak zinfandlowi, potrafiącemu przecież dać wina ze wszech miar poważne.

Psychodeliczne wazony, różowe landrynki i Carlo Rossi

Nie  będę się jednak teraz wypierać, że i Masson, i Sutter Home w swoim czasie mi się podobały. Po trosze pewnie dlatego, że smakowały słodko jak wolność, a po troszę dlatego, że miały w sobie coś z zakazanego owocu. Z wybujałym wazonem Massona zjawił się w śnieżny zimowy wieczór pod moimi drzwiami MK, gdy rodziców nie było w domu. Mieliśmy po 15 lat, MK lubował się w książkach Havla i Orwella, podczas gdy ja po raz enty czytałam "Nieznośną lekkość bytu" Milana Kundery i pewnie dlatego nie dotrwaliśmy do czasów, gdy można by wspólnie pić valpolicellę od Tedeschich. Zanim jednak rynek win włoskich na dobre okrzepł, Kalifornia wprowadziła kolejny brand, czyli Carlo Rossi.  Osiągalna w każdej zapadłej dziurze, na każdej stacji benzynowej, według danych z 2010 roku marka ta zajmowała 7,5 proc. polskiego rynku wina.  Prawdopodobnie gros jej konsumentów nie zdaje sobie sprawy, że ma w kieliszku wino kalifornijskie,  niemniej Carlo Rossi zepsuło rynek importu o tyle, iż każda firma marzy tylko o tym, by jego sukces powtórzyć. Stąd kalifornijskie wina dostępne na naszym rynku to przede wszystkim tańsze, masowe produkty. Nie jest to zresztą sytuacja wyjątkowa. Jon Bonné w świetnej książce "The New California Wine" pisze tak: Aczkolwiek w latach 1970. najlepsze wina kalifornijskie nabierały coraz większego wyrafinowania, marka Kalifornia nadal była budowana na podstawie tanich win, które zawojowały rynek, gdy skończyła się prohibicja;  jedynie ich opakowania stały się bardziej wymyślne.

Mega Fiolet

Podnóże Mount Telmapais.Podnoże Mount Tamalpais. Po zwycięstwie kalifornijskich win w 1976 roku podczas Judgment of Paris (najwyraźniej nie sposób napisać tekstu, który by to wydarzenie pomijał) wszyscy uwierzyli w potencjał apelacji. Nikt się nie zastanawiał, jakie gdzie zasadzić odmiany. Odpowiedzi udzielili bohaterowie paryskiego konkursu –chardonnay i cabernet do dziś królują na kalifornijskich etykietach. Uniwersytet w Davis wypuszczał coraz więcej wykształconych enologów.  Nauczeni oni byli, że wino powstaje przede wszystkim w piwnicy i szkoleni w kierunku zachowania jak najlepszego ekonomicznego bilansu. Program podkreślał znaczenie higieny, nalegał na użycie selekcji drożdzy, zalecał dokwaszanie i utrzymywał przez długie lata, że poza różną zdolnością do retencji wody, w glebie nie ma żadnych czynników, które by wpływały na wino. Jak zauważa wielu krytyków, kalifornijskie wina osiągnęły szczyt uprzemysłowienia i uniformizacji w drugiej połowie lat 1990. Wtedy swoją firmę Enologix rozkręcił Leo McCloskey, który ponoć zwykł mawiać "Jeżeli masz winnice w Sonomie, a twoim punktem odniesienia jest Napa czy Bordeaux, skoryguj Matkę Naturę". Wówczas na rynku doradztwa enologicznego zaczyna działać przedsiębiorstwo Clarka Smitha ­– Vinovation. Smith jako pierwszy opatentował w winiarstwie proces odwróconej osmozy, dzięki któremu wino można zarówno kondensować, jak dealkoholizować, a także niwelować w nim ewentualne dewiacje aromatyczne, wywołane chociażby przez brett. W latach 1990. przemysł opracowuje bardziej skuteczne selekcje drożdży; wyodrębnia takie łańcuchy, które bez problemu przefermentowują bardzo wysoki alkohol, jeżeli tylko odpowiednio je wspomóc enzymami i odżywkami. Do sprzedaży wchodzą gatunki, które w końcowym winie odpowiadają za popularne wśród konsumentów aromaty. W użyciu jest Mega Purple – winogronowy koncentrat z hybrydy rubired, dzięki któremu najtańsze i najbardziej rozrzedzone wino może pochwalić się ciemną, megafioletową barwą. Wszystkie kalifornijskie wina, także te do codziennego picia, chcą się odznaczać konkursowymi cechami: mocnym aromatem, koncentracją i potężnym ciałem. Przy droższych winach zaczyna się na potęgę używać nowej beczki, przy tańszych imitujących ją chipsów.

Wielka Trójca

Napa Valley.

Industrializacja kalifornijskiego winiarstwa jest również pochodną jego własnościowej struktury. Jak przytacza za branżowym inwestorem, Davidem Freedem, Jon Bonné, trzy firmy (Big Three), a więc Gallo, Constellation Brands i The Wine Group produkują ok. 64 proc. stanowego wina (dane z 2011 r.). Giganci dywersyfikują swoje marki. Barefoot, Louis Martini, Frei Brothers, Redwood Creek, Turning Leaf, Carlo Rossi – to najbardziej znane etykiety Gallo. Constellation jest obecnie w posiadaniu Mondaviego, Clos du Bois, Ravenswooda, Franciscan Estate, Paula Massona i wielu, wielu innych. Wine Group to chociażby Glen Ellen, Cupcake, Concannon. Pozostałe duże firmy, jak Bronco (właściciel popularnego wina za dwa dolce, czyli Two Buck Chuck;  słynący z Sutter Home –Trinchero; Delicato (Black Stallion, Gnarly Head, Irony); Treasury Wine Estates (Beringer, Meridian) oraz Kendall-Jackson odpowiadają za następne 20 procent.  Kolejnym paradoksem tego rynku jest to, że ci, którzy są w posiadaniu winnic, na ogół nie produkują wina. Ci natomiast, którzy by chcieli winnice posiadać, przeważnie nie mogą sobie na nie pozwolić. Bardzo niewielu ludzi kontroluje tu cały proces. Są specjaliści od uprawy, (ba! są spece od przycinania winorośli, spece od irygacji i spece od oprysków), fachowcy od win białych i macherzy od win czerwonych, magicy od drożdży i eksperci od aromatów...

Winiarski krytyk na Marsie

California Day 1 2014_20140428_2239.JPGDegustacja w winiarni Wente. Istnieją również zawodowcy od przyjmowania gości tzw. wine educators. Zawsze mili i pełni energii, która po tej stronie oceanu byłaby interpretowana jako nadpobudliwość, dodawali lokalnego kolorytu wycieczce zorganizowanej przez California Wines Institute dla europejskich dziennikarzy. Edukatorzy nie dostrzegają bowiem różnicy między człowiekiem profesjonalnie piszącym o winie a turystą. Jednego i drugiego z równą werwą karmią frazesami, które każdego Europejczyka wprawiają w zakłopotanie. Nie zawsze potrafią odpowiedzieć na techniczne pytania, nie zawsze zresztą okoliczności tym pytaniom sprzyjają: większość win piliśmy po prostu do posiłków - notowałam na świstkach papieru i reklamowych prospektach, samej sobie wydając się kompulsywno-obsesyjnie zaburzona, bo otoczenie po prostu dobrze się bawiło. I koniec końców miało rację. Edukatorzy byli serdeczni, przychylnie nastawieni do świata i po kalifornijsku wyluzowani. Drożdże? Klony? Who cares? Sprzedawano nam nie wina, lecz lajfstajl.

Siedząc już w domu, zalana morzem broszur i łowiąc myśli we własnych notatkach, zdałam sobie sprawę, że wizyty w kalifornijskich winiarniach nie układają mi się w żadną historię; zabrakło mi stojącego za winami Człowieka, zabrakło ludzkiej opowieści. W pamięci zapisały mi się jednak zachwycające obrazy, kilka twarzy, garść zdań i trochę smaków. Zapamiętało mi się wieczne słońce. Mam nadzieję, że poniższy rejestr wrażeń, który jest oczywistym pastiszem, spodoba wam się bardziej niż opis gleb, mikroklimatów i technik winifikacyjnych, który zresztą musiałabym, w związku z przebiegiem moich wizyt,  skądeś przekopiować. Tych, którzy łakną rzeczowych informacji, odsyłam na stronę www.discovercaliforniawines.org.

San Francisco

IMG_2466.JPGSan Francisco Bay. Pod złotym mostem. Pamiętam poranek w Sausalito z widokiem na zatokę i majaczące miasto w oddali, gdy połamana wygrzebałam się z kajuty na pomost, wdychając rozpościerający się przede mną słoneczny ogrom z płonną nadzieją, że obudzę w sobie olbrzyma. Tu się otwierają przed człowiekiem perspektywy! Z kalifornijskich widoków nabierających w słońcu konturów bije moc.

Pamiętam, że z tej nieprzyzwoicie bogatej enklawy, w której nikt nie zamyka swoich jachtów, gdzie drzemią spokojnie złote karty kredytowe,  komputery Apple'a, aparaty Leica, zegarki Rolex i bóg wie, co jeszcze, udaliśmy się promem do San Francisco. Na nabrzeżu powitał nas przeszywający, uporczywy wiatr, który sprowadził mnie do parteru. I raz, i dwa, i trzy, i wcale nie jest zimno mi, z góry pluć, gumę żuć... Zadomowić się tutaj niełatwo.

Pamiętam fetor lwów morskich, które opanowały jedną z portowych przystani, stopniowo wygryzając, w dosłownym tego słowa znaczeniu, mieszkańców przycumowanych tam łodzi. Na każdym pomoście po jednym tłustym samcu otoczonym haremem samic. Kilka mniejszych, słabszych lwów leży samotnie. Ich smętne, oślizłe cielska wpatrują się w Alcatraz. Selekcja naturalna i nieprawdopodobne, kruche piękno tego miasta. Wisząca w powietrzu groźba trzęsienia ziemi. Golden Gate Bridge wzruszył mnie bardziej niż uśmiech Mony Lisy.

Pamiętam słodki smak dungeness crabs jedzonych palcami i popijanych piwem ukrytym w szaroburej torbie przy obscenicznie turystycznej Fishermen's Wharf, która przez moment - zanim w śmietnikach nie zaczną grzebać bezdomni - pozwala się łudzić, że wolnomyślicielski duch miasta sprzyja każdemu.

Pamiętam hotelik wciśnięty między Chinatown a włoską North Beach, a w nim drogi a zgrzebny pokój wyposażony w żelazko i deskę do prasowania. Poczucie, że w tym pożyczonym na jedno życie czasie lepsze komórki do wynajęcia przypadkiem dostały się innym. Człowiekowi jest jednak raźniej, gdy odwiedza ich w wyprasowanej sukience.

Pamiętam, że w Chinatown poszliśmy do jadłodajni, gdzie stołują się sami Chińczycy. Po początkowym spojrzeniu acotupaństwotrobią obsłużono nas po królewsku, serwując cuchnące cuda-niewidy. W North Beach Włoch nie był prawdziwym Włochem, pinot grigio smakowało jak dobra lemoniada, coś - nie pamiętam co - poszło nie tak i zgubiłam słoneczne okulary. Kupiłam nowe u Chińczyka na Grant Street za 5 dolarów.

Pamiętam, że Sutter Street to ulica opanowana przez azjatyckie manikurzystki, które potrafią zrobić manicure trzem osobom jednocześnie najszybciej i najdokładniej na świecie. Własne ryło mnie przedstawiło. Good girl. Our girl. Girl from China. We do nice red color for you.

Pamiętam kolejkę po kultową pizzę w Berkeley. Lał deszcz, grała jazzowa kapela, siedzieliśmy potem w ścisku, zajadając się jej nieprawdopodobnym smakiem, a ja się zastanawiałam, czy Miłosz lubił pizzę i czy bywał na przeciwko w Chez Panisse czy miał takie przyjemności w dupie.

Pamiętam, że w Kalifornii nie widuje się grubych ludzi, którzy zaczynają wyrastać jak grzyby po deszczu, gdy tylko przekroczy się granicę stanu. Automatycznie rosną też wydawane porcje jedzenia. W Kalifornii wszyscy uprawiają jogging. Młode matki biegają, popychając przed sobą niemowlęce wózki. Palaczkę papierosów widziałam na ulicy tylko raz. Palacza ani razu. Fioł na punkcie zdrowej diety, fioł na punkcie ekologicznych warzyw, fioł na punkcie świeżości produktów, sklepy gourmet, delikatesy, cymesy, rarytasy. Niefrasobliwe kurczaki, radosne krowy i bezstresowo ubite ryby. Kulturowy miks. Pamiętam, że jedzenie w Kalifornii jest najlepsze na świecie. A wina są różne...

IMG_3172.JPGEkologiczny ogród winiarni Benzinger.

Livermoore

Pamiętam, że w Livermoore Valley, dziedziczka fortuny, Christine Wente, urocza i roześmiana, o arystokratycznej aparycji, powiedziała nam People love our wines.  Jeździliśmy potem po posiadłości golfowymi wózkami. Piliśmy różne chardonnay, z których słynie Wente. Toffi, tropikalne owoce, masło i śmietana. Kalifornijska klasyka. Christine powiedziała, że szkoda, że nie ma jej brata, bo on by nam lepiej wszystko wyjaśnił.

Napa

Welcome to Napa Valley.JPGNajbardziej obfotografowywana tablica świata. Pamiętam, że w The Zinfandel Heritage Vineyard, należącej do Universytetu w Davis, Mike Anderson mówił, jakim wspaniałym terroir jest winnica To Kalon. Gdy zapytałam go, co czyni ją tak niezwykłą, odpowiedział bez wahania: Ja. A potem degustowaliśmy zinfandle: Andersona, Scotta Harveya, Chrisa Leamy, który pracował dla Sutter Home i uznanej enolożki Carol Shelton, która prowadziła tę degustację. Shelton powiedziała, że kalifornijczycy robią znacznie lepszą robotę z cabernetem niż Bordeaux. Ale ona woli zinfandle, bo wyraziściej odzwierciedlają siedlisko. I nie istnieje dla nich żaden europejski punkt odniesienia. Primitvo - ciemniejsze i bardziej ziemiste -  to zupełnie co innego. Zinfandle Carol pachniały dżemem; były owocowe, słodkie, porządnie zrobione. Zanotowałam, że nie chciałabym ich pić do jedzenia.

Pamiętam, że we Franciscan Estate wine educator, opowiadał nam, że gdy przyjmowano go do pracy, zapytano, czy ma jakieś dietetyczne ograniczenia. Poprzedni pracownicy bowiem trzymali się ściśle rozmaitych diet (wegetariańskiej, bezglutenowej, wegańskiej,  grupy krwi,  Doktora Dukana etc. ) i w efekcie, gdy jedli posiłek z gośćmi, rozmowa zamiast toczyć się o winie, kręciła się wokół ich dań. Pamiętam, że dosyć podobały mi się tutejsze wina: zwłaszcza Chardonnay Cuvée Sauvage (kind of the first wild yeast in California!) oraz Magnificat (kupaż cabernet sauvignon, merlota, petit verdot i malbeca) - Padłam tylko, gdy usłyszałam ich cenę: 55 dolarów! W Polsce cena tych win musiałaby wynieść około 300 zł. Były przyzwoite, ale niewarte takiej ceny.

Pamiętam, że w Louis Martini wyliczano, w czym Martini jest lepszy od Gallo.  - Zaraz, zaraz - spytałam - ale czy Martini to nie Gallo? - Tak, ale... lubimy myśleć o sobie jako o oddzielnym brandzie. Próbowaliśmy caberneta z Sonomy za 17 dolarów, który Robert Parker uznał w tymże 2012 roczniku najlepszym cabernetem za 17 dolarów. Zrobiło mi się smutno, gdy wyplułam do wiaderka ten alkoholowy wiór. Winami, które natomiast mnie zachwyciły były Gallo Signature Series, Pinot Noir 2012 z Santa Lucia Highland oraz Gallo Signature Series Cabernet Sauvignon 2010 z Napy. Pachnące tak, że człowiek chciałby się schować w kieliszku i nie oglądać już świata. Oba mieszczące się w śmiesznym wobec kalifornijskich realiów przedziale cenowym 35-40 dolarów. Ale Gina Gallo ani myśli tych win eksportować.

Pamiętam, świetne spotkanie z Napa Valley Vitners w Silverado Vineyards, którzy w 95 proc. są firmami rodzinnymi i odpowiadają za jedyne 4 proc. kalifornijskiej produkcji. Zjawiskowe wina Delii Viader. Delii, której wszyscy kazali puknąć się w czoło, gdy zasadziła winorośle na wulkanicznym wzgórzu. Jej czerwone kupaże, delikatnie podbite lotną kwasowością, pachniały sianem, suchymi kwiatami, żywicą, kamforą, aronią, skórką pomarańczową... Subtelne i intensywne zarazem, chciało się je pić bez końca. 125 - 150 dolarów za przywilej wypicia butelki. Porządne, dużo bardziej techniczne od Viader wina robi Silverado. Po winach Delii nic już za bardzo nie smakuje.

Pamiętam, że w Trinchero po obiedzie podzielono nas na dwie drużyny i graliśmy w odgadywanie aromatów. Szło nam dosyć kiepsko, a moja ekipa przegrała. Istnieją dwie interpretacje zdarzenia. Albo dziennikarze winiarscy bywają nienajlepiej wyposażeni, albo chemiczne próbki aromatów są do niczego. Wina podane do obiadu nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia i zgubiłam cholerny świstek papieru.

Pamiętam, że byłam zła, bo przez głupią grę zostało nam tylko 45 minut na Grgicha. A jego wina, obok Delii Viader i Ridge'a, były najlepszymi butelkami wyjazdu. - Nie dostajemy od Parkera zbyt wielu punktów - powiedział nam Ivo Jeramaz, siostrzeniec człowieka legendy, Miljenko Grgicha, autora zwycięzcy Paryskiej Degustacji: Château Montelena. Chardonnay Grgicha do dziś zachowały burgundzki styl. Świetne są również zbliżające się w stylu do pouilly-fumé tutejsze sauvignons blancs.  Soczyste, lekkie i eleganckie, stworzone dla jedzenia, wydały mi się wszystkie wina czerwone.

Pamiętam, że należący do rodziny Indelicato Black Stallion urządził nam degustację z prawdziwego zdarzenia. Do korporacji, o nazwie Delicato, należy obok Czarnego Rumaka około 20 marek. Zarówno tańsza linia Gnarly Head, jak droższe Noble Wines, a wreszcie najwyżej pozycjonowane Black Stallion Estate to znakomicie wykonane, przyjemne wina, o świetnej relacji jakości do ceny.

Sonoma

Sonoma.JPGWinnice Kunde w Sonomie. To tu kręcono zdjęcia do "Bottle Shock". Pamiętam, jak po wykładzie prowadzonym przez dwie dynamiczne panie o Sonomie jako regionie zrównoważonych upraw i wielce obiecującej prezentacji rodzinnej winiarni Kunde, która robi wina wyłącznie z własnych winogron, szalenie mnie znudziła ich degustacja. Były banalne i pozbawione charakteru. Reguła: własne winnice + rodzinna firma = oryginalne wino nie działa. Przepiękne były natomiast rozciągające się wokół winiarni tereny; to tu kręcono sceny do "Bottle Shock".

Pamiętam wizytę w Kendall-Jackson, gdzie kupę czasu oprawadzono nas po ekologicznych grządkach i rabatkach, rozwlekle rozprawiano o sustainability, obszernie o czterech milionach dolarów, jakie firma przekazała na badania Uniwersytetu Davis, wreszcie o dwóch przekąskach, które kucharz podał do trzech win, na których degustację nie zostało już dużo czasu, choć - między nami mówiąc - szkoda też było atłasu. Prawdziwy smak Kalifornii dostaliśmy w paczce ekologicznych  owsianych ciasteczek.

Pamiętam gęstość i aksamitność win Paula Hobbesa. Bogatych, lecz niepopadających w ciężkość. Ich hipnotyczną materię. Moderna, lecz  pierwszorzędna moderna.

Pamiętam, że rozkochane w południu Francji małżeństwo Jordan postawiło sobie w Sonomie dom wzorowany na francuskim szato. Oprowadzająca nas pani, polecała naszej uwadze okiennice i klamki. Pamiętam, że podobało mi się europejskie w stylu chardonnay. I że John Jordan powiedział przy obiedzie, że osobiście woli pić whiskey.

Pamiętam moje wkurzenie u Ridge'a w Lytton Springs, że znowu jesteśmy w kluczowej dla kalifornijskiej historii winiarni i znowu mamy tylko pół godziny. Genialne, najlepsze pite przeze mnie kiedykolwiek zinfandle, znakomity niesamowicie pachnący, kwiatowo-przyprawowy, pełen owocu, ale też kamienny Cabernet Sauvignon  Estate 2011 (za 50 dolarów to w porównaniu do wielu win regionu prawdziwa okazja!) i słynny bordoski kupaż Monte Bello (degustowany w 2011 i 1995 roczniku) - za młodu grafitowo-gliniasty, z czasem nabierający nut balsamicznych, kamforowych; szepczący, potoczysty, trwający. W konkursie upamiętniającym trzydziestą rocznicę Judgment of Paris Monte Bello' 71 zdobyło pierwsze miejsce, zamykając usta tym, którzy twierdzili, że kalifornijskie wina nie mogą się starzeć.

Pamiętam, że europejskie w stylu cabernety - szczupłe, nieco liściaste o kwasowości rzadko spotykanej w Kalifornii robi Laurel Glen, od 2011 roku znajdująca się w posiadaniu Bettiny Sichel, którą rodzice świadomie naznaczyli imieniem kochanki Goethego. Przypomniało mi się zdanie, które Bettina napisała w liście do Johanna Wolfganga: "Mam stanowczą i trwałą wolę kochać Cię wiecznie".  I interpretacja tego zdania Kundery: "Nie o miłość chodziło, lecz o nieśmiertelność".  Imię predestynujące do prowadzenia winiarni.

Pamiętam przyzwoite kredowo-kwasowe bruty Patz and Hall, a przede wszystkim ich świetne Carneros Pinot Noir 2000 z Hyde Vineyard. Niebo w gębie. I nie dla psa kiełbasa. Całość produkcji wypijają potentaci z Doliny Krzemowej.

Pamiętam czaru maru gawędę u Benzingera, pierwszej biodynamicznej posiadłości w Sonomie. Pamiętam, jak pięknie wyglądają krowie rogi wypełnione  kwarcem i suszone kwiaty browalii. Pamiętam zapierającą dech w piersiach roślinność wokół winiarni. I po tym fantastycznym wstępie poprawne, elegancko skrojone, dosyć wstrzemięźliwe wina, które nie dorastały do zawartych w opowieści obietnic.

Kalifornia uwodzi.

Wina Black Stallion oraz Ridge sprowadza do Polski Winkolekcja, Gnarly Head – Centrum Wina, Delicato – Vininova, chardonnay Wente ma The Fine Food Group.

Tekst pierwotnie ukazał się w "Magazynie Wino".